Od kilku tygodni część Gdynian żyje dalszym losem Arki Gdynia w ekstraklasie piłki nożnej. W tej chwili po porażce z Jagiellonią Białystok gdyński klub znajduje się na 16 miejscu w tabeli i jest to pozycja spadkowa.
Jakub Ubych, radny Gdyni przedstawił swoje spojrzenie na obecną sytuację i swoisty apel, by Arkę traktować jako projekt, który angażuje mieszkańców miasta z pozycji symbolu jednoznacznie kojarzonego z egzystencją społeczności lokalnej.
"Przegraliśmy z Jagiellonią i nie będę udawał, że to nie boli, bo boli, ale co innego doskwiera bardziej. Boli to, że w tym sezonie mieliśmy momenty, w których punkty były na wyciągnięcie ręki, a uciekały czasem przez nasze błędy, czasem przez sędziowskie decyzje, które potem Kolegium Sędziowskie PZPN samo zakwalifikowało jako nieprawidłowe. "Przepraszam" w piłce nie jest walutą wymienialną na punkty. Zostaje w protokole, a w tabeli dalej zero.
W tym sezonie w tabeli jest taki ścisk, że trudno to pojąć, jeżeli ktoś nie patrzy na tabelę z kalkulatorem. Sześć punktów, dwa wygrane mecze, dzieli strefę spadkową od pierwszej ósemki i nie jest to metafora, a arytmetyka. Dwa spotkania potrafią w tym sezonie zmienić opowieść o klubie z dramatu na sukces. I odwrotnie, niestety, też.
Przed nami 5 meczów, dwa u siebie, trzy na wyjeździe. Piłkarze mają zapewnione warunki i tego nie kwestionuję i nie zamierzam. Nasz kontrakt jako kibiców jest prosty: jesteśmy, dopóki widzimy walkę. O każdy metr, do ostatniej minuty, myślę, że to jest uczciwe z obu stron.
Jednak te 5 kolejek to nie jest tylko kwestia utrzymania i tu chcę powiedzieć coś, co wykracza poza piłkę, a dotyczy nas wszystkich: kibiców, mieszkańców, ludzi, którym zależy na tym, jak funkcjonuje Gdynia.
Arka Gdynia to jest projekt społeczny. Wiem, że to brzmi jak slogan, więc pozwólcie, że rozłożę to na części.
Sytuacja finansowo-organizacyjna klubu jest stabilna, nie ma tu wielkich pieniędzy z zagranicy, nie ma kryptowalutowego sponsora, którego nazwa nie schodzi z nagłówków i dobrze. Jest rosnąca sieć lokalnych partnerów, mniejszych, ale zakorzenionych. To droga ewolucji: żmudna, mało medialna, ale budująca fundament, a nie zamek z piasku. Wystarczy popatrzeć, jak kończy się model oparty na jednym dużym sponsorze i drużynie najemników. Nie trzeba daleko szukać. A u nas? Michał Marcjanik zaczynał jako dzieciak w SI Arce. Wyrósł, wyjechał, wrócił - zadziałał system, w którym klub rośnie organicznie.
Teraz to, o czym za mało rozmawiamy, bo skupiamy się na pierwszym zespole, na tabeli i na weekendowym meczu. Pod tym wszystkim jest piramida, której większość mieszkańców nie widzi. Są drużyny, w których kilkuletnie dzieci biegają za piłką i nie chodzi o górnolotne hasła, jak "wychowaniu przez sport". To miejsca w mieście, gdzie dzieciak po szkole ma dokąd iść przez cały rok. Piłka jest pretekstem, a efektem jest to, że ten dzieciak nie siedzi sam z telefonem, że się rusza, że uczy się funkcjonować w grupie.
Wyżej jest Centralna Liga Juniorów i tu warto przypomnieć, że młodzi Arkowcy w poprzednich kilkunastu latach zdobywali laury, łącznie z tytułami Mistrzów Polski. To jest systematyczna praca, o której mówi się w mediach 1% tego co w przypadku Ekstraklasowej drużyny.
Jest Socios Arka Gdynia: społeczność, która działa cały rok, nie tylko w dniu meczu. Jest Żółto - Niebieski Mikołaj i ktoś powie, że to drobiazg, a ja odpowiem, że trzeba zobaczyć twarz dzieciaka, który dostaje prezent od swojego klubu, żeby zrozumieć, czym jest budowanie więzi. Są mecze dla zdrowia. Jest współpraca ze społecznością kaszubską: naturalna, niewymuszona, wyrastająca z tego, czym Gdynia jest. Są zaproszenia dla młodzieży z zaprzyjaźnionych gmin. Są akcje, o których nie piszą gazety, bo nikt ich nie robi pod publikę.
Czy Arka musi to robić? Nie. Żaden przepis tego nie wymaga. Robi to, bo ktoś w tym klubie rozumie, że klub - nie drużyna, klub - powinien być mianownikiem wspólnym. Czymś, wokół czego spotykają się ludzie, którzy na co dzień żyją w zupełnie różnych światach.
I tu dochodzimy do tego, co mnie gryzie najbardziej i mówię to jako ktoś, kto od lat patrzy na to z perspektywy samorządowej, nie tylko kibicowskiej.
O jasno sformułowaną politykę sportową, nie tylko wobec Arki. W poprzedniej kadencji po zawirowaniach właścicielskich, kryzysie finansowym, wspólnie udało się znaleźć przestrzeń na Akademię, po ustabilizowaniu zacząć rozmawiać o nowej przyszłości.
Nie chodzi mi o to, czy dawać pieniądze, czy nie bo to jest ostatnie pytanie w kolejności, a zawsze pada jako pierwsze. Chodzi o to, że nie ma narysowanego celu. Nie ma strategii, która mówi: "oto rola klubu w ekosystemie miasta, oto co chcemy osiągnąć w perspektywie 5–10 lat, oto jak rozliczamy efekty". Każda gmina w Polsce zmaga się z tym samym problemem - finansować sport profesjonalny czy amatorski, jak wyceniać użytkowanie obiektów, jak budować strukturę, żeby dotacje nie wyglądały jak uznaniowa łaska, tylko jak element planu.
Uniwersalnych odpowiedzi nie ma, ale sam brak odpowiedzi to też jest odpowiedź i to gorsza niż jakiekolwiek "nie". Bo wiecie, co się dzieje, gdy nie ma strategii? Każda złotówka wygląda jak polityczny gest. Każda rozmowa z potencjalnym partnerem zaczyna się od przekonywania, że to nie jest studnia bez dna. Każde wsparcie wisi w powietrzu, zależne od tego, kto akurat rządzi i jakie ma humory. To nie jest środowisko, w którym cokolwiek stabilnego da się zbudować.
Widzę jeszcze coś i tu będę bezpośredni. Widzę ludzi, którzy zakładają szalik klubowy, robią zdjęcie, a mecz traktują jak okazję towarzyską, bez emocji, bez zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi, a pięć minut wcześniej kalkulowali, co im ta obecność da. To nie jest wsparcie, a konsumpcja wizerunkowa. Na szczęście kibice to widzą. Uwierzcie mi - kibice to doskonale widzą.
Jeżeli chcemy, żeby Arka nie tylko się utrzymała, ale żeby była częścią ekosystemu miasta: dzieciaki, społeczność, tożsamość Gdyni to trzeba odejść od podejścia czysto fiskalnego. Od liczenia wyłącznie "ile nas to kosztuje" bez pytania "co z tego wynika". Trzeba narysować drogę, wyznaczyć cel i się go trzymać. Niezależnie od cyklu wyborczego.
W przeciwnym razie tkwimy w pętli: frustracja po porażce, chwila euforii po bramce. Trzy tygodnie radości po awansie, a potem cisza i znowu od zera i znowu pytanie "po co to wszystko".
Pięć meczów, trzymamy kciuki i bądźmy na trybunach, do końca i rozmawiajmy o więcej niż o wyniku. To odpowiedzialność szersza jak myślenie o klubie, a o mieście." - podkreślił Jakub Ubych.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu dziendobrypomorze.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz