"Czy loterie podatkowe mają sens w sytuacji dramatycznego wzrostu zadłużenia i deficytu? Zdrowy rozsądek podpowiada, że nie, natomiast „logika urzędowa” twierdzi, że jak najbardziej. Zakrzywienie logiczno-finansowej czasoprzestrzeni w Urzędzie Miasta wydaje się wręcz ewidentne." - podkreśla Grzegorz Pogorzelski.
Można odnieść wrażenie, że władze Gdyni w coraz większej ilości spraw jakby odleciały i straciły "czucie miasta". Mimo tego, że mieszkańcy dobitnie wskazują na irracjonalność decyzji i abstrakcyjność zachowań, gdyńscy decydenci brną dalej. Zaczynają gubić się w swoich słowach i układach. Radni KORMiLu (Łukasz Piesiewicz, Jakub Żynis) atakują a to Mieczysława Struka, a to Donalda Tuska. A przecie to szefowie ich szefa, czyli Tadeusza Szemiota.
Do kuriozalnych sytuacja dochodzi również w samej administracji Aleksandry Kosiorek. "Jej kadra" próbując przejmować wydarzenia realizowane w poprzednich kadencjach robi to nieudolnie i wręcz karykaturalnie. Pojawia się masa krytyki i uwag pokazujących, że zagrywki marketingowe to za mało, by sprawnie rządzić miastem, a rok urodzinowy już się rozpoczął.
Kwestia loterii podatkowej również nie znajduje potrzeby kontynuacji, bo forma zdaje się stała się swoistą satyrą, o której lepiej mówić na stand up'ach niż wdrażać ją w rzeczywistość. O tym właśnie pisze Grzegorz Pogorzelski.
"Niedawno zapytałem o analizę rezultatów, jakie loterie podatkowe przynoszą dla wpływów do budżetu miasta. W odpowiedzi otrzymałem dane dotyczące poprzednich edycji.
Jasno i wyraźnie widać, że niezależnie od kwoty przeznaczonej na nagrody liczba uczestników oraz liczba nowych podatników pozostają mniej więcej na stałym poziomie. Szczególnie dobrze widać to przy porównaniu lat 2023 i 2024. Zwiększenie puli nagród z około 100 tys. zł do 300 tys. zł w praktyce nie przełożyło się w żaden realny sposób ani na wzrost liczby uczestników, ani na wzrost liczby nowych podatników.
Skąd więc decyzja, aby w 2025 roku — mimo tak mizernych rezultatów — nadal wydać ponad 300 tys. zł na nagrody? Skoro efekt jest ten sam niezależnie od tego, czy wydamy 100 tys. czy 300 tys. zł, to po co przepłacać? Ano cóż — łatwo wydaje się nie swoje pieniądze. Cudze zawsze idą lżej.
Kolejna kwestia: pani naczelnik Gruszka argumentuje, że liczba nowych podatników biorących udział w loterii nadaje jej sens, ponieważ każdy nowy podatnik to około 4 tys. zł rocznie w podatkach. To stwierdzenie miałoby sens tylko wtedy, gdyby pani naczelnik była w stanie w jakikolwiek sposób wykazać, że każdy nowy podatnik uczestniczący w loterii zaczął płacić podatki w Gdyni wyłącznie dlatego, że miasto zorganizowało loterię.
Brzmi absurdalnie, prawda? Ludzie raczej nie przeprowadzają się do innego miasta i nie przenoszą swojego urzędu skarbowego ze względu na 0,01% szansy na nagrodę. Po prostu ktoś przeprowadza się do Gdyni i zaczyna tu płacić podatki. Część z tych osób dowiaduje się przy okazji o loterii i bierze w niej udział. Tymczasem Urząd Miasta twierdzi, że każda złotówka podatków zapłaconych przez nowych podatników i uczestników loterii nie trafiłaby do budżetu miasta, gdyby nie sama loteria. To czysty absurd.
Co więcej, należałoby zapytać — i na pewno zapytam — ilu podatników przestało płacić podatki w Gdyni i zestawić te dane z liczbami „loteryjnymi”. Ciekaw jestem, jaki wyszedłby bilans. A idąc dalej tą samą urzędową logiką, można by zestawić odpływ podatników z datą objęcia urzędu przez panią Kosiorek i ogłosić publicznie, że ten odpływ jest w 100% skutkiem działań pani prezydent.
Brzmi niedorzecznie? Dokładnie tak samo, jak obecna argumentacja w sprawie loterii podatkowej."




Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz