W sobotę , 18 kwietnia 90 urodziny obchodziła Krystyna Zaorska-Burczyk. Rodowita gdynianka, mieszkanka Orłowa, córka inż. Stanisława Tomasza Zaorskiego – wiceprezydenta Gdyni do wybuchu II wojny światowej, który nadzorował m.in. budowę Hal Targowych. Został aresztowany przez sowietów i osadzony w Starobielsku, a następnie zamordowany przez NKWD najprawdopodobniej w Charkowie.
Pani Krystyna w wieku 13 lat trafiła do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. W tym roku nie mogła pojechać na obchody wyzwolenia obozu, do którego trafiła po Powstaniu Warszawskim. Pracownicy Muzeum Ravensbrück pamiętali jednak o Jej święcie i na swoim oficjalnym profilu na FB złożyli życzenia:
18. kwietnia Krystyna Zaorska świętuje swoje 90. urodziny. Artystka była uwięziona jako młoda dziewczynka w obozie koncentracyjnym Ravensbrück. Tam powstało wiele rysunków ze scen z codziennego życia obozu, ale także ilustracje bajek. Po wyzwoleniu Krystyna Zaorska studiowała sztukę w swojej polskiej ojczyźnie i specjalizowała się w rzeźbiarstwie. Wiele jej rysunków znajduje się w stałej wystawie pomnika Ravensbrück - „Das Frauenkonzentrationslager Ravensbrück. Geschichte und Erinnerung - Obóz koncentracyjny dla kobiet Ravensbrück. Historia i pamięć”.
Przesyłamy serdeczne życzenia z okazji urodzin.
Wiele osób, przyjaciół i instytucji przekazało w tym roku życzenia urodzinowe. Zabrakło wśród nich jednak życzeń od władz miasta Gdyni... smutne to...
Zanim poznamy powojenne losy pani Krystyny zapraszamy do przeczytanie jej krótkich wspomnień z pobytu w niemieckim obozie koncentracyjnym Ravensbrück i jak doczekała wyzwolenia.
„Wspomnienia z ówczesnego Vennenbecku, a obecnie z przywróconej dawnej nazwie Porta Vestfalica.
Nazywam się Krystyna Zaorska – Burczyk – wtedy miałam jeszcze czternaście lat i byłam razem ze swoja matką Henryką Zaorską.
Dlaczego tam się znalazłyśmy? Było nas wszystkich kobiet 250 osób. Odesłane zostałyśmy z obozu koncentracyjnego dla kobiet Ravensbruck. Wszystkie byłyśmy wzięte z Warszawy z Powstania Warszawskiego w 1944 roku (nie mylić z powstaniem w getcie żydowskim w 1943r!!! – to dosyć częsta pomyłka na zachodzie Europy.)
W obozie Ravensbruck w owym czasie było wielkie zamieszanie – koniec lutego i początek marca panował tłok – przychodziły często piechotą więźniarki z różnych obozów, podobozów, itp. Miała też przyjechać międzynarodowa Komisja Czerwonego Krzyża z księciem szwedzkim Bernadotte na czele. Wtedy powstały tzw. transporty na „roboty wolnościowe” złożone głównie z „warszawianek”.
Tak więc przy końcu lutego 1945 lub w początkach marca znalazłyśmy się w takim „wolnościowym” transporcie – aż do Westfalii. Nie miałyśmy już na ubraniach czerwonych „P” w trójkątach (polityczne) ani naszywek z numerami.
Po kilkudniowej podróży w bydlęcych wagonach na słomie z przystankami na załatwienie swych potrzeb na polu – dojechałyśmy na miejsce przeznaczenia – było to ówczesne Vennebeck. Teoretycznie miał nas zatrudnić – miejscowy wydział – nie wiem czy firma Philips (nie pamiętam). Przedstawiciele firmy przyszli, obejrzeli i wcale nas do roboty nie wzięli. Przysyłali raz dziennie zupę, chleb i chyba rano i wieczór – zbożową kawę. Zakwaterowano nas chyba w dawnym zajeździe – gospodzie – duża sala z ladą bufetową i zapleczem sanitarnym – był tez duży ogród koło tego domu.
W drodze – rozchorowały się niektóre wycieńczone głodem więźniarki – wśród nic była i moja matka. Leżały w ogólnej dużej sali na parterowych pryczach – nie było żadnej możliwości otrzymania leków czy nadzoru medycznego.
Ale był też jeden wielki plus naszego tam przebywania – naszym tzw. Lagerfurerem był kulturalny, starszy pan, wykształcony. Znał np. język angielski i w nim rozmawiał z moja matką (bardzo się przejął historią mojego ojca straconego przez NKWD w Rosji – opuszczeniem Gdyni, pobytem w obozie i moim wiekiem). Pozwolił nam swobodnie chodzić po miejscowości – byle tylko wrócić na obiad do „obozu”. Stąd wrażenia były bardzo pozytywne – nikt z mieszkańców nie obnosił się do nas wrogo - przeciwnie, starali się – jeśli się o cokolwiek prosiło – nam dać.
Nie chodziłam za daleko – był blisko zagajnik – lasek, znalezione kwiaty – białe zawilce i pachnące, leśne fiołki mogłam zanosić bardzo, bardzo chorej matce i raczej przesiadywałam przy niej, na jej posłaniu – by nie czuła się opuszczona.
Zmarła 23.03.1945 w wieku 38 lat…
Wtedy też poznałam dobroć owego starszego pana – opłacił na cmentarzu grabarza, który wykopał dół…(dotychczas trzeba było samemu kopać grób…) Wszystkich zmarłych pochowało się na cmentarzu komunalnym.
Ale myślę, ze ktoś mógł donieść do kogoś na naszego dobrego Niemca – i pod koniec marca przyszedł młody, niezbyt miły, nazbyt rygorystyczny młody Lagerfurer. Ustały też nasze wolne wycieczki po okolicy.
2 kwietnia 1945 była Wielkanoc – przyszedł rozkaz ewakuacji Vennenbeck – dokąd? Nikt nie wiedział – nawet nasz „władca”. Wyszłyśmy rano – każda miała swoja miskę, łyżkę, koc ze sobą. Szłyśmy w nieznane. Słońce było piękne – droga też – wszędzie kwitły forsycje, różowe migdałowce, ptaki śpiewały. Nie prowadzili nas SS-mani, ale żołnierze z ostatniego poboru – tzn. raczej starsi i nie poganiający nas „schnell, schnell…”
Pesymistki – „ojej – czy nas nie będą „likwidować?””. Optymistki – „jej, jaki piękny świat, wszystko będzie dobrze!”.
Trafiłyśmy do małego obozu w lesie. Były tam trzy baraki, wkoło las i łączka. W jednym baraku nie wszystkie kobiety się zmieściły, więc parę osób ze mną poszłyśmy do drugiego. Luksus! Cały barak dla nas 5-6 osób!
Żołnierze ustawili polowa kuchnię, ugotowali moc żołnierskiej grochówki, takiej w której łyżka stała, dali na osobę bochenek świeżego chleba – było naprawdę świątecznie!
Bardzo najedzone i uszczęśliwione poszłyśmy spać. Rano budzimy się i okazało się, że naprawdę jesteśmy wolne! Nie było nikogo z żołnierzy (i kuchni też), byłyśmy same w lesie… najbardziej „zgłupiał” nasz Lagerfurer. Okazało się, ze tez nie był Niemcem, był Czechem.
Życie na wolności – bycie samowystarczalnym i zdanym na własne siły było trudniejsze niż myślałyśmy. No ale na wszystko był sposób – w pobliżu były magazyny – chyba wojskowe – otwarte. Stamtąd „organizowałyśmy” razem z dotychczasowym „wodzem” wyprawy po cukier, konserwy, itp.
Chyba po tygodniu czy dekadzie przypadkiem na nasze baraki trafił amerykański patrol w Jeep’ie… Żołnierze byli zdumieni – czegoś takiego chyba się nie spodziewali spotkać w lesie – gromadkę kobiet w bardzo różnym wieku i z paroma nastolatkami.
Pewno zaalarmowali gdzieś „u góry” – na drugi czy trzeci dzień przyjechały ciężarówki wojskowe i tak trafiłyśmy do „wieży Babel” – przejściowego obozu dla wszystkich wyzwolonych ludzi z całej Europy – Francuzów, Włochów, Rosjan, Polaków, Greków – w Minden. Obóz ulokowano w koszarach.
Z czym mi się kojarzy Potra Vestfalica? Ze śmiercią Matki – to przeżycie bardzo, bardzo przykre – ale miałam to szczęście, że byłam przy niej, że mogłam jej przynieść kolory i zapach wiosny – tak się cieszyła z tego malutkiego pęczka fiołków.
Ale ogólne wrażenie – czystego powietrza bez zapachu z krematorium, z możności chodzenia tam, gdzie mi się podobało, ze spotkania z innymi Niemcami – którzy uśmiechali się, nie krzyczeli i nie uczyli dzieci rzucać kamieniami w przechodzące więźniarki (tak było w Maklenburgii) a najczęściej z zielenią lasku z kwiatami i trawą, której w Ravensbruck nie było…. A drogę Porta Vestfalica do lasku, pełnej słońca i kolorów mam do dzisiaj w pamięci.”
Pani Krystyna do Gdynia wróciła w 1947 roku. Stało się tak dlatego, iż kobiety opiekujące się wówczas 14 latką, która tuż przed końcem wojny straciła matkę pozwoliły jej pojechać do kraju. Wynikało to z troski. Wcześniej ze względu na gwałty i przemoc na ziemiach odzyskanych nie chciały młodej dziewczyny puścić samej.
Skończyła rzeźbę na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Niestety jako córka z rodziny działaczy przedwojennych i oficera zamordowanego przez NKWD, była „politycznie niepoprawna”. Do tego stopnia, że we własnej willi w Orłowie nie dostała zgody na postawienie pieca do ceramiki. Dostała pracę w Stoczni im Komuny Paryskiej w Gdyni, gdzie zajmowała się projektowaniem m.in. kolorystyki wnętrz kabin na statkach. Dwa miesiące przed Grudniem '70 z powodów pochodzenia została zwolniona.
Potem dostawała zlecenia od Związku Polskich Artystów Plastyków. I tak właśnie „chałupniczo” pracowała przez wiele lat. Jako była więźniarka Ravensbruck miała przyznaną rentę (prawie całkowity ubytek słuchu, przebyta gruźlica w obozie).
W 1955 wyszła za mąż za absolwenta konserwatorium muzycznego w Gdańsku Tytusa Burczyka. Wspólnie wychowali trójkę dzieci: Katarzynę 1957, Stefana 1964 i Martę 1974.
Całe życie robiła wszystko, żeby odzyskać mienie zagrabione przez ówczesny Urząd Miejski - willa w Orłowie i udziały w kamienicy w Gdyni.
Zdjęcie: Krystyna Zaorska podczas 60. rocznicy wyzwolenia kobiecego obozu koncentracyjnego Ravensbrück 2005
Autor: Heinz Heuschkel, Muzeum - Pomnik Ravensbrück
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu dziendobrypomorze.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz